Zaklinają rzeczywistość i zwlekają z upadłością

Upadłość firmy rzadko jest niespodziewanym, gwałtownym zdarzeniem. Zwykle to proces, który rozciąga się w czasie. Najpierw pojawiają się drobne zatory płatnicze, potem rosną zobowiązania, zaczynają się trudne rozmowy z kontrahentami. Sygnały ostrzegawcze są coraz wyraźniejsze. A mimo to decyzje często zapadają zdecydowanie za późno. Dlaczego tak się dzieje?

W wielu przypadkach to nie przepisy ani liczby są problemem. Tylko sposób myślenia osób, które muszą podjąć tę trudną decyzję. Dane z raportów Krajowego Rejestru Długów pokazują, że symptomy problemów finansowych są widoczne nawet 3 lata przed upadłością.

To tylko chwilowe problemy

Myślenie w stylu „Jeszcze się odbijemy”. To chyba najczęstszy scenariusz. Zarządy zakładają, że sytuacja jest chwilowa. Wystarczy jeden większy kontrakt, poprawa koniunktury albo inwestor i wszystko wróci do normy. Często to bardziej nadzieja niż realny plan. Im dłużej firma działa, tym trudniej przyznać, że coś przestało działać na poziomie zarządzania.

Zwlekanie z podjęciem decyzji rzadko prowadzi do pozytywnego scenariusza. W praktyce najczęściej oznacza narastanie zadłużenia, pogorszenie sytuacji wierzycieli, utratę wartości przedsiębiorstwa oraz zwiększenie ryzyk po stronie członków zarządu. Co istotne, w wielu przypadkach firmy mają jeszcze wcześniej realne okno na wdrożenie działań restrukturyzacyjnych i wyjście z kryzysu. – tłumaczy Konrad Latoch z kancelarii Lege Restrukturyzacje.

Bardzo silnie działa też „efekt utopionych kosztów”. Lata pracy, pieniądze, zaangażowanie, przecież tego nie da się po prostu odpuścić. Dlatego wiele firm brnie dalej, podejmując kolejne ryzykowne decyzje, żeby ratować sytuację. Problem w tym, że to klasyczna pułapka. Zamiast ograniczać straty, dokłada się kolejne.

To biznes i odpowiedzialność

Każdy menedżer wie, że decyzja o upadłości to nie tylko biznes. To też odpowiedzialność prawna, reputacja, często osobiste ryzyko. I właśnie dlatego bywa odkładana. Paradoks polega na tym, że im dłużej się zwleka, tym te konsekwencje mogą być poważniejsze.

Za każdą firmą stoją konkretni ludzie — pracownicy, partnerzy, klienci. Nikt nie chce ostatni zamykać firmę. Zarządy często czują presję, żeby jeszcze spróbować, jeszcze dać sobie czas. Tylko ten dodatkowy czas rzadko działa na korzyść.

Przeczytaj także:  Do zarządu Sygnity dołącza Roman Durka

Upadłość wciąż jest traktowana jak porażka. Coś, czego trzeba unikać za wszelką cenę. A przecież w praktyce to jedno z narzędzi zarządzania ryzykiem. Często nie sama decyzja jest tu największym problemem tylko moment, w którym zostaje podjęta. I to właśnie tu pojawia się największe wyzwanie dla zarządów: umieć spojrzeć na sytuację firmy bez zaklinania rzeczywistości.wyjaśnia Konrad Latoch z kancelarii Lege Restrukturyzacje.